|
Archiwum
Zakładki:
Starzy znajomi:
Nowe linki:
A może jednak?
Księga gości
|
piątek, 21 października 2005
Dokładnie rok temu, 21 października napisałem tu pierwszy wpis. Ech, łza się w oku kręci... No to coś o mnie (dla tych, którzy nie znają tych setek wpisów poniżej). Tak więc mam dziesięć, a nie jedenaście palców. Jeżeli nie widać różnicy - nie przepłacam. Nie wierzyłem, że ten proszek usunie taką plamę. Nie czytam gazet i jestem głupszy. Tyle powinno Wam starczyć. To dość rzetelny opis mojego charakteru. Mogę tylko dodać, że jestem studentem pierwszego roku informatyki i wynajmuję mieszkanie w Warszawie z dwoma kumplami z mojej byłej klasy - Marcinem i Szymonem.
czwartek, 20 października 2005
sobota, 15 października 2005
sobota, 01 października 2005
Blog zawieszony na dwa tygodnie. Po tym okresie są dwie możliwości: 1) zamknięcie bloga 2) większa regularność niż przez wakacje To nie audiotele. Tu wybieram ja.
wtorek, 13 września 2005
Zanurzyłem się w moich starych wpisach... Z tych miesięcy, kiedy to pisałem 4 wpisy dziennie i cieszyło mnie to... Kiedy wchodząc do pokoju obskurnego hotelu we Wrocławiu w głowie układałem kolejne linijki wpisu o pobycie w nim... Kiedy blox był dla mnie odskocznią od normalnych, zwykłych, nudnych, wcale niezabawnych spraw... Kiedy siadałem przed klawiaturą komputera i zawsze znalazłem coś, o czym mogłem napisać... O bombie w aktówce, kasztanach spadajęcych w maju, głupim filmie, wygłupach na niemieckim czy siedzącym na kanapie echo... Tak, to był piękny czas. Ale to minęło. Czy mógłbym tak znowu? Czy znowu czytałoby mnie codziennie 50 osób? Czy pod moimi wpisami zbierałyby się dziesiątki komentarzy? Czy kiedyś jeszcze ktoś napisałby "czapki z głów"? Może. Może kiedyś to sprawdzę. Ech, chyba się zestarzałem... I chyba to źle...
poniedziałek, 12 września 2005
""Stawiaj na to, na czym się znasz" - mówią niektórzy guru. Nieprawda - nieważne na co stawiasz, ważne, żebyś na tym wygrał." Buk, [26][83] Te zakłady to jakaś lipa. Od kiedy założyłem konto w Expekt (w piątek) postawiłem kilkanaście kuponów. Na tenis, na piłkę nożną, na siatkówkę. Przez wszystkie trzy dni moje dokonania wyglądały tak, że stawiałem na coś, na czym się dość znam (liga angielska, polska, tenis w US Open) i w 90% przegrywałem. Stawiałem na coś na czym znam się tylko trochę (liga włoska) i wychodziłem na równo, czasem z lekkim zyskiem. No i w nocy (tak, bukmacher internetowy stwarza wielkie możliwości), zniechęcony przegraną stawiałem na ligi, o których istnieniu pewnie połowa działaczy FIFA nie wiedzą - ligę argentyńską, meksykańską i amerykańską. Trafione! Na nich dotychczas wygrałem wszystkie kupony, jakie postawiłem. I to nie były wcale niskie kursy. Porzucam moje znajome ligi i cały mój majątek inwestuję w ligi amerykańskie! Tylko one są mi przyjazne! Chociaż może spróbować czegoś innego? Hokejowa liga rosyjska? Trzecia liga duńska?
piątek, 09 września 2005
"Jeżeli coś przeszkadza Ci w postawieniu kuponu, najpierw cierpliwie skończ obstawianie, a to coś zniszcz." Buk, [56][2] Jedną z ważnieszych cech podczas robienia zdjęć jest wytrwałość. Na przykład kiedy siedzisz w jednym miejscu i czekasz aż ten głupi ptak przeleci tak, by był na tle słońca. Ale to jeszcze nic - gorzej jest, jeżeli siedzisz na kamienisku, jest 12 stopni mrozu i pada rzęsisty deszcz. Jeden z naszych postojów na drodze Szczecin - Rabka miał miejsce w lesie. Stanęliśmy i mama zauważyła, że w krzakach siedzi mały lisek. Wykradłem się z samochodu i zacząłem niczym zawodowy myśliwy mierzyć z aparatu do dzikiej zwierzyny. Ona nie okazała się bardzo dzika, wręcz przeciwnie - nie zważała na nas i nawet trochę się zbliżała. Oczywiście zdjęcie z bliska jest lepsze niż z daleka, ale za bardzo podejść też nie można, bo co będzie jak lisia mama przyjdzie? Lekko podszedłem i operowałem zoomem. Jedno zdjęcie, drugie, trzecie, jeszcze czwarte i piąte. Cały czas wokół mnie latały komary, co w lesie jest zjawiskiem dość popularnym. Po piątym zdjęciu jednego zobaczyłem na własnej ręcę. Nie zastanawiając się trzasnąłem go w łeb. Komar uciekł na lepszy świat, a lisek w głąb lasu. Sytuacja ta przypomniała mi się przedwczoraj, kiedy klęczałem na plaży i robiłem zdjęcia zachodowi słońca. Tym razem nie musiałem być ostrożny, bo od hałasu słońce nie schowałoby się za horyzontem szybciej. Jednak zdjęcie nie może być poruszone, nie można lekko przekręcić aparatu, bo wyjdzie nam niewskazana kompozycja diagonalna. Trzeba trwać w jednej pozie, bez ruchu. Na plaży też były komary. Jak nie robiłem zdjęcia to opędzałem się od nich, jednak te i tak na mnie siedziały i wysysały ze mnie moją krew. Nie popełniłem tego samego błędu. Wytrwałem. Warto było? Sami oceńcie. To zdjęcie zrobione podczas honorowej akcji krwiodawczej na plaży w Trzęsaczu.
środa, 07 września 2005
"A jeżeli nie wejdą Ci kolejne kupony, pojedź nad morze i se posiedź." Buk, [99][39] Jak miło! Grzeczne dzieci w szkole, grzeczni dorośli w pracy i puste ulice! Cisza! Spokój! A ja mam wakacje! :P Tak więc dzisiaj kontynuując moje wakacyjne wojaże pojechałem byłem z rodzicami moimi (byłymi i aktualnymi) nad morze. A jak! Jeszcze zresztą w tym roku nie byłem, co było oczywistym zaniedbaniem. Na plaży słońce świeci, gorący piasek, tylko trochę zimniejsza woda i nawet trochę ludzi. Głównie emeryci i renciści, więc powpatrywałem się w piasek za wsze czasy. Pochodziliśmy, posiedzieliśmy, porobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy z powrotem. Było faaajnie. +++ Ojej, mam nadzieję, że osoby pracujące i uczniowie nie rozszarpią mnie za ten wpis. ;-)
poniedziałek, 05 września 2005
"Są trzy rodzaje kuponów: kupony wygrane, kupony przegrane i kupony prawie wygrane. I te ostatnie są najgorsze." Buk, [12][56] Coś mi ostatnio nie idzie w tych zakładach. Już miałem bilans +15,95 zł, już było dobrze, a dziś przegrałem po raz kolejny. Tym razem do zwycięstwa wystarczał jeden punkt Rosjanek w koszykówce. Zremisowały i spaprały mi kupon. Łobuzy. Drugi kupon na przykład poszedł mi dużo lepiej. Już w pierwszym meczu Francuzi przegrali w siatkówkę po pięciu setach z Hiszpanią, a potem kupon "poprawili" jeszcze Portugalczycy, którzy nie poradzili sobie z Chorwacją. I chociaż nie lamentowałem cały wieczór "jeden punkt! tylko jeden punkt!", bo punktów było potrzebnych więcej i to w dwóch meczach. Jutro idę obstawić kolejne pieniądze. Już niedługo w Profesjonalu będą do mnie po imieniu mówić...
niedziela, 04 września 2005
Amatorszczyzna!
Amatorszczyzna! Wszędzie! Nikt nie umie nic zrobić porządnie! Czechy przegrały z Rumunią. 0:2. Byłem zresztą emocjonalnie zwiazany z tym meczem, bo postawiłem na naszych braci Czechów, ale mniejsza z tym. Przegrali. Ku uciesze rzeszy fanów polskiej reprezentacji. Polacy wygrali. Ku uciesze wyżej wymienionych. W tej grupie oczywiście zawierają się komentatorzy, czyli zawodowi dziennikarze sportowi. I taki uradowany, uśmiechnięty, pięknie wyglądający pan mówi, że jak wygramy z Walią to już jesteśmy w Mistrzostwach Świata. I co słyszy 10 milionów? Że wystarczy wygrać z Walią i awansowaliśmy! Euforia na trybunach! Ciekawy jestem co pan powie, kiedy wygramy z Walią, Czechy wygraja z Holandia a my przegramy z Anglia i nie awansujemy. Myślę, że mu się głupio zrobi, ale chyba nie starczy mu życia, by wszystkich którzy uwierzyli przeprosić. Wokół tego rzekomego awansu było już tyle spekulacji prasowych, że głowa mogła od tego rozboleć. W Gazecie Wyborczej na przykład zwycięstwo Holandii lub remis w pojedynku z Czechami twórcy analizy nazwali "wyjątkowo złym układem meczy" i napisali, że właściwie Polska po dwóch zwycięstwach będzie miała już awans. Zresztą to ich nie pierwszy "proceduralny" wypadek przy pracy. O trzeciej rundzie eliminacji ligi mistrzów już drugi rok z rzędu pisali, że Wisła ma szansę na rozstawienie jeżeli w drugiej rundzie odpadnie parę drużyn z wyższym rankingiem. W ramce obok widniały daty z których wynikało, że zanim druga runda się skończy już trzecia będzie rozlosowana. +++ Ładne bramki, fajnie że są te 3 punkty, ale prawda jest taka, że Janas ma szczęście, że jego wersja obrony Częstochowy nie skończyła się tak jak Engela...
czwartek, 01 września 2005
Wieść
Wspaniała wieść obiegła wszystkie agencję informacyjne świata. Otóż klub Tottenham Hotspur zdecydował się na kupno Grzogrza Rasiaka, naszego wspaniałego i bezkonkurencyjnego napastnika reprezentacyjnego. W poprzednim sezonie zdobył on 17 bramek, z czego strzelił tylko dwie. Ogólnie wiadomo bowiem, że Rasiak wystawiany jest do ataku po to, by można było obijać o niego piłkę. Agencję informacyjne nie wyjaśniają dlaczego Tottenham płacąc aż 2 miliony funtów zakupił takie drewno. Bo chyba nie na opał. +++ Uprzejmie donoszę, że moja niechęć do Rasiaka wynika z jego wielu nienajlepszych występów w reprezentacji. Trener Janas (za) dużo razy wpuszczał go na boisko kied ten nie miał formy i biedny Rasiak stał w miejscu zapuszczając korzenie. Skoro jednak zaszedł tak wysoko widać, że umie on czasem kopnąć też piłkę.
czwartek, 25 sierpnia 2005
Przegląd plakatów wyborczych
Ulice dużych miast zaatakowały plakaty wyborcze. Tak, tak, już rozpoczyna się ten piękny czas, w którym z każdego kawałku muru, z telewizora w każdej przerwie reklamowej, z papierowych ulotek (pod nogami lub z koszy na śmieci) łypią na nas kandydaci na prezydenta. Niektórzy uśmiechnięci, niektórzy poważni, ale wszyscy z błagalnym wzrokiem - "Pick me!". Rozpocznijmy przegląd plakatów wyborczych. Pochwała za spryt należy się twórcom plakatu wyborczego Tuska, którzy to zataili jego imię! Przecież wiadomo, że śmiesznie byłoby mieć za prezydenta Donalda, dlatego na plakatach nie ma imienia, jest Prezydent Tusk. Świetne posunięcie! Kłopoty z imieniem ma też pan Giertych. Bo to nie jest TEN Giertych. Dlatego jego imię napisane jest tak samo małą czcionką co słowo "profesor". Bo jakby ktoś nie wiedział z Giertycha jest leśny profesor. Kaczyński natomiast musiał użyć imienia, bo go łatwo pomylić. Ma on tą przewagę nad innymi kandydatami, że już widnieje na dwóch plakatach. Chociaż marna to przewaga - drugi plakat (ten z wesołą rodzinką) musieli robić jacyś sabotażyści, bo niewątpliwie jest on wyborczym samobójstwem. Od innych plakatów odróżniał się przez długi czas plakat pani Henryki - jako jedyna zapomniała zamieścić hasła wyborczego. Szczerzyła się tylko przez długi czas i można było pomyśleć, że nie ma ona nic do powiedzenia. Ale nie, już hasło jest i już wiemy, że Henryka wybiera konkrety. Pytanie brzmi kto wybierze Henrykę. Ech, niestety nie mieszkam w wielkim mieście. Na razie tylko w dużym i więcej plakatów nie widziałem. Czekam na pojawienie się kolejnych. Szczególnie ciekawi mnie, czy na swoim plakacie wyborczym Stan Tymiński będzie tarzał się w pieniądzach, Andrzej Lepper wśród siana, a Włodzimierz Cimoszewicz we własnych teczkach.
poniedziałek, 22 sierpnia 2005
Szukanie mieszkania - pseudodziennik
WTOREK Spotykamy się koło południa w mieszkaniu mojego brata. Otwieramy strony z ofertami i wertujemy. Ważne spostrzeżenie - dobrze żeby mieszkanie było "wolne od zaraz". Szczególnie chodzi tu o karaluchy. Szymon dowiaduje się, że ten wyraz przy kuchni to raczej "widna" niż "winda". Aż takich dużych lodówek to w tych mieszkaniach nie ma. Marcin, który został wydelegowany do dzwonienia, umawia nas na 16:30 na oglądanie mieszkania na Natolinie. Szymon ilekroć podnosi słuchawkę woła "Halo, halo, Włodek". I dlatego on nie dzwoni. Pierwsze zwiedzane mieszkanie jest bardzo ładne, tylko że daleko. Szymon wzbudza ogólną wesołość pytając które ściany są nośne. Dodaje, że "nie żeby chciał wyburzać". Później tłumaczy, że chodziło mu o to, że nośne są zimniejsze. Jaaaasne. ŚRODA Kompletnie bezproduktywny dzień. Znowu spotykamy się w mieszkaniu mojego brata. Przeglądamy oferty z gazety, duża część jest z agencji nieruchomości "Imperium", cześć ciekawych z innej, w której zapraszają nas na rozmowę. Przychodzimy i pan nam podsuwa umowę dla naiwniaków - my zapłacimy 200 złotych, a oni będą nam dawać swoje oferty. Wychodzimy mówiąc, że się zastanowimy. Po co ich martwić. Po wielu nieudanych próbach umówienia się na obejrzenie jakiegoś mieszkania kończymy. Szymon i Marcin idą do agencji "Imperium", gdzie zapewniają ich, że my wpłacamy 250 złotych i jak oni nie znajdą nam mieszkania to oddadzą. W umowie napisali niestety coś innego. Musieli nie doczytać. Albo małym druczkiem było i sami nie zauważyli. NIE Z NAMI TAKIE NUMERY! W tym czasie ja dzwonię tam, gdzie się jeszcze nie dodzwoniliśmy. Po wykręceniu jednego numeru pan po drugiej stronie z wyrzutem strofuje mnie, nierozważnego: - Dzień dobry, dzwonię w sprawie ogłoszenia o wynajmie mie... - Bo na komórkowy, to się zero wykręca na początku. Do widzenia. Który to już jego taki telefon dzisiaj? Dwudziesty? Po moim ogłoszeniu na oferty.net wieczorem dostaję mejla od pani Małgosi. Trzypokojowe mieszkania za 1200 złotych na Mokotowie. Wow! CZWARTEK Plan dnia: pobudka, przeglądanie ofert, pójście spać. Dzwonię do pani Małgosi i mówię, że chcemy mieszkanie. Pani Małgosia kontaktuje się z właścicielami i oddzwania po chwili: - A ilu Was tam jest? - Trzech. - Aha! Zgadłam! Ale trzech czy trzech z haczykiem? - Pani się pyta o nasze gabaryty? - (smiech) Nie, bo niektórzy to mówią, że trzech a potem jest sześciu. - Aha. Nas jest trzech. Cichych i spokojnych. - I może jeszcze powiesz, że studiujecie zoologię? Pani Małgosia nie ma dobrych wieści, ale za to Marcin w końcu dogaduje się z panią Martą ma oglądanie mieszkania na Sadybie, Szymon z jakimś facetem na oglądanie mieszkań w śródmieściu i jeszcze wszyscy po trochu (kto odbierze słuchawkę udaje Marcina) z jakąś panią. Duuużo oglądania. W międzyczasie Szymon próbował wykonać telefon aby dowiedzieć się, czy jest wolna kawalerka. Niestety na skutek panującej wesołej atmosfery roześmiewa się pani w słuchawkę i tuszując to udaje że kaszle. Na szczęście oferta jest już nieaktualna. O szesnastej idziemy oglądać mieszkania. Pierwsze, dość blisko centrum jest dla studentów. My szukamy mieszkania dla ludzi, dlatego odrzucamy ofertę. Aż głupio mi było wyciągać aparat i robić zdjęcia, bo pomyślałem, że im się smutno zrobi. Niestety pan od mieszkań w śródmieściu zrobił nas w balona - miał zadzwonić. Czekamy, odwiedzająć robotników na UW szukając ofert, które "jeszcze parę dni temu tu były" i przed ustalonym terminem zjawiamy się przed następnym mieszkaniem do oglądania. Mieszkanie jest bardzo ładne, tylko właściciele chcą odstraszyć nas (ze względu na naszą studentowość) spokojnymi sąsiadami. Wracamy do domu myśląc czy brać. Mieszkanie oczywiście. PIĄTEK Wykonujemy parę nieprzynoszących skutków telefonów. Wszędzie "nieaktualne". Mamy plan, żeby zadzwonić do któregoś wynajmującego i powiedzieć, że chcieliśmy to mieszkanie, ale już nieaktualne. Ale by się zdziwił! Z zabawnych ogłoszeń - ktoś w jednej ofercie w ramce "okolica", zamiast Sadyba czy Natolin wpisał "cicha". Mógł wpisać "jest", byłoby jeszcze śmieszniej. Gdzie indziej znajduję ofertę z danymi: cena wynajmu - 1000, opłaty dodatkowe - 150. Czekając na ugotowanie się pierogów ktoś rzuca niezobowiązujące pytanie: Ktoś: To co, bierzemy to mieszkani? Szymon: Ja jestem za. Marcin: Ja też. Ja: (po chwili zastanowienia) No, ja chyba też. Dzwonimy do agentki. Umawiamy się na poniedziałek na podpisanie umowy. Koniec szukania, mieszkanie jest! (idziemy na piwo)
czwartek, 18 sierpnia 2005
Ale mieszkanie!
Ale znaleźliśmy mieszkanie! Takie śliczne! Takie czyste! Tak blisko! Tak tanio! Po prostu ekstra! Więcej nie mogę powiedzieć, bo podpisaliśmy umowę z agencją ;-). No nic, jutro szukamy dalej. Trzy dni szukania to mało! :-)
środa, 17 sierpnia 2005
Scenka rodzajowa
Stoję na konstrukcji i majstruję coś przy oknach. Pod bramę domu przyjeżdża kominiarz, wysiada z auta. Do bramy, ale z drugiej strony z ogrodu przybiega Heros, the Pies. Kominiarz patrzy na niego niepewnie. Kominiarz: Ugryzie? Ja: Zobaczymy. Niezbyt mu się odpowiedź spodobała... +++ Jestem teraz w Wa-wie i szukam mieszkania z Marcinem i Szymonem. Mam dostęp do netu, ale jestem zapracowany :-). O odchodach
Zwykle ciężko przebrnąć przez bełkot urzędniczy. Łatwo można porzucić lekturę i chwycić coś ciekawszego. Ale cierpliwi zostaną nagrodzeni. Przeglądam jakąś rabczańską ustawę o czymś z kiedyśtam ważną od kiedyś do kiedyś. To jest najmniej istotne. Bo na piątej stronie wyżej wymienionej ustawy znajdują się przepisy nałożone na właścicieli zwierząt. A w nich czytamy, że (właściciele) "powinni sprzątać odchody po swoich zwierzętach". To też nic takiego. Ciekawszy jest dopisek - "przepis nie dotyczy niewidomych". Czemu niewidomi nie muszą sprzątać? Czemu na chodnikach mają być pozostałości po psach niewidomych? Każdemu komu przez chociaż chwilę mignęło w głowie któreś z tych pytań polecam wyobrażenie sobie niewidomego starającego się posprzątać po swoim psie. Lecz to jeszcze nie koniec. Właściciel zobowiązany jest nosić ze sobą pojemniki na psie odchody. Przepis nie precyzuje, czy kiedy pies został w domu także trzeba pojemniki mieć. To może doprowadzić do kuriozalnych sytuacji: - Ma pan psa? / - Tak. / - No to wyskakuj pan z pojemniczka! A zamiast tych wszystkich przepisów zarząd rabczański mógłby po prostu uzbroić się w odkurzacze na psie odchody. 7 tysięcy od sztuki. Tylko kto by chciał z takim ganiać? Co by nie mowić to (za przeproszeniem) naprawdę gówniana robota.
czwartek, 28 lipca 2005
Taki tam wpis...
Leniwe popołudnie. Upał jak cholera. Rabka to podobno najbardziej słoneczne miejsce w Polsce. I mi się to nie podoba. Pogoda dzisiaj nie sprzyja pracy fizycznej. Pogoda taka niczemu nie sprzyja. Możnaby zadać pytanie co tam u mnie. U mnie właściwie nic ciekawego. Pomagam w remoncie czyli wykonuje różne rzeczy, jakich na codzień nie zdarza mi się robić. Zakładam zamki do drzwi, noszę lodówki, szafy, kaloryfery, słoiki, tapczany. Wciągam szafy na strych. Czuje się trochę jak bez ręki, bo nie mam dostępu ani do telewizji, ani do trUjki - mojego pierwszego radia (radio BIS jest naprawdę tandetne), a do netu miałem dostęp tylko tydzień - aż do jutra. Trzeba się przygotowywać do studenckiego życia. Co jeszcze w te wakacje? Jeszcze dwa tygodnie siedzę w Rabce, potem jadę szukać mieszkania w Wa-wie z nr_26 i the_Marcinem. Potem wracam albo z powrotem tu, albo do doma mego. Co sprytniejsi pewnie zauważyli, że następny wpis najprawdopodobniej we wrześniu, czyli ostatnim miesiącu tego bloxa. Nie dożyje roku. Umrze. Ma to szczęście, że chociaż wie kiedy. +++ Jakie typy na jutrzejsze losowanie? ManU? Liverpool? A może Patrzalka? Dadzą nam pomażyć o LM jeszcze chwilę, czy już jutro będzie po frytkach?
środa, 20 lipca 2005
Heeeej
Heeej wszystkim tu zaglądającym. Mam dostęp do netu. Udało mi się! Tak więc jest jakaś szansa, że przez najbliższe 3 tygodnie coś napiszę :-). Więcej nie obiecuję. Generalnie to jestem w Rabce i całymi dniami pomagam w remoncie. Ostatnio też gram w Fifę. To drugie fajniejsze :-). Tyle mogę Wam powiedzieć. :-)
środa, 13 lipca 2005
Wyjeżdżam.....
Ech... Dzisiaj był dzień kończenia wszystkich niepozałatwianych spraw, a jutro kilkanaście godzin w nagrzanym samochodem z kotem, psem (przez 100 kilometrów) i myszą. Jak oni to zniosą? W domu im się udaje, ale dom jest trochę większy. Jak my to zniesiemy? Nie zniesiemy. Ważne aby przeżyć.
wtorek, 12 lipca 2005
Tak sobie popatrzyłem i...
Okazuje się, że na infie na UW był limit miejsc - 110, a osób mających 100% (czyli pewnie prawie wszyscy olimpijczycy) - 75. Czyli niezła rzeźnia. Do tego chętnych chyba ponad 1000. Ja miałem 88,67 i myślałem, że z takim wynikiem to nie będę miał zbytnio problemu w dostaniu się, a tymczasem miałem drugi wynik od końca z tych, których przyjęli... Jeden błąd z matmy podstawowej i nie wchodzę! Pofarciło mi się. Chociaż raz. Gdybym nie miał pecha wcześniej, teraz sprawdzałbym wyniki w celach hobbistycznych... +++ Dzisiaj cały dzień chodzi mi po głowie usłyszana rano w radiu piosenka Janerki, w której w.w. śpiewa coś typu "ramydamy-ramydamydu". Wkurza mnie ta piosenka, chociaż pewnie jak poprzednia (czyli równie irytujący "Rower") ma ona jakiś ukryty, nieuchwytny i nie do zrozumienia moim małym rozumkiem sens, który Janerce się przyśnił, albo objawił, albo nie wiem co jeszcze. Może z fusów wyczytał. W tym miejscu dodam tylko, że poprzedniej płyty Janerki nawet trochę słuchałem kiedyś, a ta też podobno jest dobra, więc czekam na coś, czego będzie się dało słuchać. Pozdrawiam czytającą mnie fankę Janerki. :-)
poniedziałek, 11 lipca 2005
Dostaaaaałeeeeem się na UW!
Iiiiiiiiha!
Buraki!
Buraki nie chcą napisać listy zakawalifikowanych! A ja się tu już siódmą godzinęemocjonuję i sprawdzam co chwilę strony... Buraki cukrowe...
Strasburger i Terentiew
Telewizja schodzi na psy. Stacza się na psy. A psy niczemu nie winne. Wczoraj przełączałem kanały w oczekiwaniu na mecz siatkówki i natknąłem się na familijny teleturniej Familiada. Kiedy dawnymi czasami zdarzało nam się oglądać '30 Ton', które było zaraz przed Familiadą, zostawialiśmy zawsze jej początek, bo Strasburger opowiadał dowcip. Dowcip był albo nieśmieszny, albo stary jak świat, albo znany w pięciu innych wersjach, ale chociaż z opowiadającego można było się pośmiać. Ponadto jest on znany z elokwencji. We wczoraj oglądanym odcinku na przykład podchodząc do jednej osoby dla zwiększenia atrakcyjności programu zmienił trochę pytanie i powiedział "Szukamy... ptaka... co on ma." podczas gdy chodziło o rzecz, którą mają wszystkie ptaki. Uczestnicy też są bardzo fajni. Na przykład pytanie: "Co budujemy na działce?", odpowiedź: "No, jeżeli to jest działka rekreacyjna, to może parasol, stolik...". Błyskotliwie. Nie wspominając o znanym już wszystkim pytaniu: "Więcej niż jedno zwierze.", pierwsza osoba: "Owca", druga "Wilk", trzecia "No to może stado...". I o dziwo ta trzecia miała rację. Dobiła mnie Bezludna Wyspa. Jak wszystkim wiadomo program prowadzi Nina Terentiew. Niestety widzowie mają to nieszczęście, że nikt nie może jej zwolnić. Chociaż może i dobrze, bo osoby z wadą wymowy są w modzie. Program oglądałem chyba po raz pierwszy w życiu. I o jeden raz za dużo. Chociaż goście byli sensowni (nawet nie przypuszczałem, że Jarosław Kret, ten od pogody, może być normalny) to formuła, prowadząca i pytania były koszmarne. Dlatego jedyne co oglądam w telewizji to sport, filmy i fajniejsze seriale. I na razie tak pozostanie. Bo co mam oglądać? "Europa da się lubić"? Dziś - niedziela
Miałem dziś jechać w plener, a zamiast tego kładłem podłogę. Dwanaście desek dzisiaj położyliśmy. 39 wbitych gwożdzi, 9 cięć. Zakryliśmy już całą kuchnię i fajnie to wygląda. Jeszcze nie robiłem zdjęć, bo mi się akumulatorki wyładowały, a są nowe i zalecają dwu-, trzykrotne kompletne rozładowanie ich i naładowanie do pełna. Niestety przy takiej wolnej ładowarce ładują się 16 godzin... A to nawet więcej niż ja śpię. No i oglądałem tych patałachów. Właściwie to w tym finale LŚ grały 4 zespoły, z których jeden był poza zasięgiem, a pozostałe trzy na podobnym poziomie - z Kubą dwa razy pięciosetówki, z Serbami jedna pięciosetówka i 2:2 w eliminacjach. Szkoda tylko, że, mimo że byliśmy tak blisko finału, zajęliśmy ostatnie, czwarte miejsce. Oglądałem po raz drugi 'Dróżnika', bo rodzice jeszcze nie widzeli. Film jest świetny. Puszcza go Canal+ dość często na jednym ze swoich trzech kanałów, więc naprawdę polecam. Cztery gwiazdki w pełni zasłużone. A jutro wyniki rekrutacji na UW! Aaaaa! Panikujemy! Mam nadzieję, że będzie dobrze. Chociaż trochę zaskoczyła mnie wiadomość, że aż 14 osób ze starających się o przyjęcie na UJ na informatykę miało lepszy niż ja wynik z matmy rozszerzonej. Pewnie mieli mniej z podstawowej (o co nie trudno), ale jednak... Na infie na UW może być ich jeszcze więcej. A ponadto moje przedmioty 'boczne' nie są jakoś porażająco fantastyczne. No, zobaczymy. Jutro o dwunastej są wyniki. Będzie trzeba wcześnie wstać. No to na koniec dodam, że w tym tygodniu wyjeżdżam. :-(
niedziela, 10 lipca 2005
Z mejli: "Turniej szachowy"
2003-01-08 Jeszcze chcialem napisac o wczorajszym turnieju szachowym. Wlasciwie to fajnie bylo, nie poszedlem na zadne lekcje i na polowe zajec u pana Osamy, a na samym turnieju... ale od poczatku. Bylo 6 szkol, z kazdej reprezentacja dwuosobowa. Gralismy wlasciwie kazdy z kazdym (partie po 15 minut na osobe), tylko nie gralismy wewnatrz zespolow, w wyniku czego rozegralem 10 partii i Marek tez rozegral 10 partii i... wszystkie wygralismy :-). Niezle, co? Bo wlasciwie, to tam same cieniasy byly, a jak ktos nie byl cienias to nieuwazny. Komentarz Marka do jednej partii byl taki, ze gosciu wygladal jakby mial za zadanie nie robic ruchu dluzej niz 10 sekund i dlatego Marek podstawil skoczka, przeciwnik go wzial i nie zauwazyl, ze 4 ruchy dalej traci hetmana :-). Na pierwszy ogien mielismy piatke, wiec byla dodatkowa motywacja :-). Taaaaaa... A jednemu gosciowi, co myslal, ze ja przez nieuwage pozwolilem mu zbic mojego hetmana goncem, zalozylem 'mata Legala' dwa ruchy dalej (lacznie w siodmym ruchu). To byla moja ostatnia partia. Gosciu byl niezle zdziwiony, bo kiedy zatrzymalem po moim ruchu zegar on go wlaczyl, ja na to, ze juz nie ma gdzie pojsc, on pomyslal i powiedzial - 'To to juz koniec?' :-). Ta szkola przeszla dalej, wiec zrobie mu tak samo w nastepnej rundzie :-). 2003-01-17 Kazda szkola z kazda grala po razie, tzn. lepszy z jednej szkoly z lepszym z drugiej, i gorszy z gorszym. Ja udawalem gorszego, chociaz jestesmy na podobnym poziomie. Na pierwszy ogien dostalismy... piatke. No ja wygralem (choc nie bylo latwo), a Marek przerypal z naprawde niezlym gosciem. Czyli bylo 1:1. Na druga partie dostalismy gosci, z ktorymi juz gralismy w poprzednim etapie, i ich skroilismy. Chociaz ten z ktorym ja gralem skutecznie wymienial mi figury i dazyl do remisu (ale ja sie oczywiscie na remis nie zgodzilem i mu dokopalem). Czyli 3:1. / Krotki dodatek strategiczny / Tymczasem piatka zremisowala z czternastka (gospodarzami) i miala bilans 2:2. 14-stka miala 3:1. Ale emocje! / koniec w.w./ Dalej byl pierwszy zespol z czworki. Tego tez skroilem (niezauwazajac ze raz mi zbil krolem bronionego (skoczkiem) skoczka.- to i tak nic nie zmienilo). Marek tego drugiego tez pokonal. Czyli bylo 5:1. Niezle. / Krotki dodatek strategiczny / Tymczasem piatka wygrala obie partie, czternastka... obie przegrala. Ale skoro odebrali punkt piatce nie moga byc slabi. A wlasnie z nimi mielismy teraz grac... / koniec w.w./ W przed ostatniej juz rundzie mielismy czternastke. Ja ze swojim w koncu (oj, bylo ciezko) wygralem, a Marek dorobil sobie hetmana, mial jeszcze z pol minuty do konca czasu, strasznie sie spieszyl i... zamiast zamatowac (hetman przed krola) to zapatowal. Czyli bylo 6,5:1,5. / Krotki dodatek strategiczny / Piatka miala 6:2, wiec jeszcze bylo dobrze. / koniec w.w./ Ostatnia runda, drugi sklad czworki, Marek wygrywa, ja gram z gosciem, ktorego ostatnio zamatowalem w paru ruchach. Ale to o niczym nie swiadczylo, bo malo kto by zauwazyl ten manewr. Gram, gram, wyrobilem sobie przewage 3 pionow, gram, gram i podstawilem skoczka. Katastrofa! Juz mielismy pierwsze miejsce, a ja podstawiam figure! Gram, gram, wszyscy juz skonczyli, stoja wokol naszej szachownicy, gram, gram, gram, remis. Mysle, ze nie jest zle, 8:2.. / Krotki dodatek strategiczny / ... tak jak piatka. I wydawaloby sie, ze bedzie dogrywka (mieli tylko po jednym pucharze kazdej wielkosci. A tu nie, skoro wygrali na pierwszym stole z nami, to teraz maja pierwsze miejsce. / koniec w.w./ A wiec zajelismy drugie miejsce. Kolejnosc: 1. Piatka (:my - 1:1) 2. My (X) 3. Nasi drudzy przeciwnicy (2:0) 4. Czternastka (1,5:0,5) 5. Pierwszy sklad czworki (2:0) 6. Drugi sklad czworki (1,5:0,5) Dostalismy puchar (niestety ten mniejszy), dyplom, po medalu (niestety tym srebrnym) i zrobili nam pamiatkowe zdjecie. Nie bylo zle. Ale moglo byc lepiej... 2003-01-18 Tak, glupie bledy sie zdarzaja. Ale na Boga nie w ostatniej, decydujacej partii! +++ Wrzucam kolejne znalezisko. Dzisiaj trochę smutne zakonczenie... |